RSS
 

Archive for the ‘Z notatnika Pingwina’ Category

Zaczarowana zagroda

14 Paź

zaczarowana-zagrodaMowa oczywiście o „Zaczarowanej zagrodzie” Aliny i Czesława Centkiewiczów. Ale to nie będzie recenzja tej czarującej skądinąd książeczki. Pamiętacie jak i dlaczego pingwiny znikały z zagrody? W końcu zagadka została rozwiązana, prawda?

Mój pingwin też wydostał się z zagrody i od miesiąca z okładem możecie znaleźć moje recenzje na GamesFanatic.pl. Nie oznacza to, że ten blog zniknie (w końcu przecież pingwiny Centkiewiczów też się odnalazły :-)) ale chyba zmieni nieco swój charakter. Raczej nie znajdziecie na nim nowości ani opasłych recenzji – będzie więcej luźniejszych ale za to jeszcze bardziej osobistych refleksji, spojrzenia na niektóre gry z perspektywy lat – bo jednak inaczej postrzega się grę, w którą się gra od miesiąca, a inaczej taką, która gości pod naszą strzechą od lat 5.

Najbliższy wpis do takich właśnie będzie należał – a co to będzie – zobaczycie już jutro.

 

A w słuchawce: „Radio Taxi, proszę czekać…”

09 Cze

Zmiennicy to najnowsze dziecko wydawnictwa Inte-gra (na zlecenie TVP). Jej premiera zapowiedziana jest na drugą połowę 2014 roku, ale dokładna data nie jest znana, zapewne wypadnie nam jeszcze trochę poczekać. Niecierpliwi będą jednak mogli się z nią zapoznać już w najbliższą sobotę w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu podczas Festiwalu Gier „LOTTO Radość Wygrywania”.

Zasady w pigułce

zmiennicy_planszaJest to gra oparta na kultowym serialu TVP „Zmiennicy”. Gracze wcielają się w taksówkarzy, którzy przemierzają ulice Warszawy rozwożąc pasażerów. Nie jest łatwo, bo z godziny na godzinę przybywają nowi, a Ci, którzy się nie doczekali na taksówkę – niecierpliwią się. Jeśli zbyt wielu z nich rzuci słuchawką – wszyscy gracze natychmiast przegrywają. Jeśli jednak zdołamy na czas porozwozić szanownych obywateli – będą nam oni płacić za kurs (od 100 do 300zł – w zależności od tego, czy obywatel jest zwykłym cywilem jak pani Piórecka, urzędnikiem czy też dewizowcem jak Hans Gonschorek. Możemy trafić również na przestępcę – patrz karta Wiesia Ceglarka – lub pijaczka – co może się okazać nie do końca opłacalnym kursem). Po dowiezieniu ich na miejsce dodatkowo otrzymamy charakterystyczny dla danej postaci bonus (prawy dolny róg karty) – np. dzięki Wiesiowi nasz limit kanistrów benzyny wzrośnie do 5.

Cel gry? Zarobić na przewożeniu pasażerów. Jak najszybciej i jak najwięcej zarobić!

Każdy z graczy otrzymuje 4 kanistry z benzyną i 3 karty akcji oraz fiata 125p, którym będzie się poruszał po planszy przedstawiającej ulice Warszawy  lat 80-tych. Runda (nazwijmy ją „mała runda”) składa się z dwóch faz:

fazy ruchu graczy – każdy gracz może poruszyć się o 1 do 6 pól – przy czym poruszenie się o 4 pola i więcej wymaga odrzucenia jednego kanistra. Jeśli zaczyna lub kończy na polu określonej lokacji może zabrać z tego pola pasażera (o ile ma jeszcze miejsce w taksówce). W tej fazie gracz może dodatkowo zagrać kartę z ręki i w ten sposób pomóc sobie lub zaszkodzić innemu taksówkarzowi.

zmiennicy_karta_pasazerafazy uaktualnień – w tej fazie sprawdzamy stopień zdenerwowania pasażerów (rzucamy kostką i porównujemy rysunki kostek na ich kartach (lewy górny róg) – jeśli jakaś kostka się zgadza postać otrzymuje jedną słuchawkę – gdy zbierze ich tyle ile wynosi jej stopień niecierpliwości (ilość słuchawek w prawym górnym rogu karty) to znaczy, że pasażer nie doczekał się na taksówkę i więcej dzwonić nie będzie – „spada” ze stołu dając nam punkty karne. Zebranie 10 punktów karnych skutkuje natychmiastową przegraną wszystkich graczy). W tej fazie odkrywamy też kartę „łepków”, która określa w jakich punktach Warszawy pojawiają się „łepki” czyli pasażerowie, których możemy zabrać po drodze i również na nich zarobić. Na koniec poruszamy się wozami Milicji Obywatelskiej – jeśli jakaś taksówka znajdzie się w „promieniu rażenia” MO jest poddawana kontroli i w przypadku przekroczenia dozwolonej prędkości (4-6 pól) lub dozwolonej ilości pasażerów (powyżej 1) otrzymuje mandat.

„Mała runda” trwa umownie 15 minut (w fazie uaktualnień zaznaczamy upływ czasu na zegarze). Zatem 4 rundy to godzina – i o pełnej godzinie też się będzie co-nie-co działo. Co godzinę bowiem na planszy pojawiają się karty nowych pasażerów, odkrywana jest kolejna karta wydarzeń zmieniająca nieco reguły gry na najbliższą godzinę (np. „Awaria świateł” powoduje, że przed każdymi światłami trzeba rzucić kostką aby sprawdzić czy da się przejechać, „Braki w dostawie” powodują, że na stacji CPN można dobrać tylko 1 – a nie 4 – żetony kanistra itd.). Również o pełnej godzinie zmieniają swoje miejsce pobytu Zenon Kuśmider i Krashan Bhamaradżanga – dwa czarne charaktery, które pakują nam się do taksówki zawsze wtedy, kiedy koło nich przejeżdżamy, ale nie zamierzają płacić za kurs.

Gra kończy się w momencie, gdy ktoś zarobi swój pierwszy tysiąc złotych (pod warunkiem, że wcześniej wszyscy nie przegracie!).

Wrażenia

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to przepiękne ilustracje. Zobaczcie sami – plansza to istny majstersztyk, a postacie – mimo, iż stricte nie przedstawiają aktorów – idealnie wpasowują się w serial – często nie musisz czytać podpisu, po prostu wiesz kto to jest. To jest coś pięknego – chciałabym, żeby wszystkie gry były tak ilustrowane.

zmiennicy_kusmiderGra jest klimatyczna. Co prawda w serialu nie chodziło o zarobek, tylko o perypetie głównych bohaterów przy okazji bycia taksówkarzem (pamiętacie jak Marian Koniuszko marzycielskim tonem wypowiada kwestię „że podoba mi się ten zawód… taksówkarz”?) – ale właśnie poprzez obcowanie z postaciami i lokacjami z filmu klimat serialu jest zachowany. Jeśli do tego dołoży się mechanikę, która dość dobrze oddaje realia zawodu taksówkarza – otrzymujemy naprawdę klimatyczną grę, która może zadowolić nawet osoby nieobeznane z filmem (ojej, a są takie?)

Zmiennicy dość dobrze się skalują. Gra jest przewidziana dla 2-4 graczy i jak to zwykle bywa lepiej gra się w cztery osoby, ale przy dwóch też wszystko działa jak należy. Przy 2 osobach faza ruchu jest nieproporcjonalnie krótka w porównaniu do fazy uaktualnień, co trochę uwiera. No i mamy mniej pasażerów a przez to trudniej się po nich jedzie (bo czasem trzeba przejechać przez pół miasta, podczas gdy mając czterech kierowców na planszy i początkowo 8 pasażerów każdy znajdzie coś dla siebie w pobliżu)

Trudno mi się wypowiadać o regrywalności, bo jestem dopiero po kilku partiach, ale wydaje mi się, że będzie do czego wracać. Postacie główne pojawiają się zawsze w tych samych miejscach, ale to rzut kostką decyduje, gdzie ich wieziesz. Rzut kostką decyduje też ile czasu będą oni czekać na taksówkę. Dodatkowo co 15 minut pojawiają się nowe „łepki” (a jest ich kilka rodzajów)  za każdym razem w innych lokacjach. W grze występuje sporo kart wydarzeń co sprawia, że nie wykorzystamy ich wszystkich podczas jeden partii. To wszystko składa się na niepowtarzalność rozgrywki. Tym bardziej, że autorzy zapowiedzieli różne warianty gry i dodatki. DSC_0855-1

Losowość oczywiście jest i to ona gwarantuje niepowtarzalność, ale nie jest ona bolesna. Ot, raczej dodaje smaczku. To co zwykle najbardziej boli, czyli rzuty kostką – oddziałują na wszystkich. Nie ma więc takiej sytuacji, że tobie rzuty „wychodzą” a mnie nie. Jak tracimy, to tracimy wszyscy. Są co prawda jeszcze karty, „lepki” (nie wiesz kogo bierzesz, dopóki go nie weźmiesz) ale to jest normalna losowość typu karcianego.

Jeśli chodzi o interakcję, zwłaszcza negatywną to jest jej niewiele. Teoretycznie można sobie podebrać pasażera lub łepka, przejechać przez światła tak, że inny gracz będzie miał pod górkę, ale w praktyce jest to zupełnie nieodczuwalne, nawet na cztery osoby. Najwięcej interakcji możemy uzyskać zagrywając karty akcji uprzykrzające życie (np. nakazujące odwieźć chorego pasażera do szpitala), ale tych kart też dużo nie jest a przy limicie 3 na ręce oraz trudnościach w zdobyciu nowych (trzeba w tym celu zatrzymać się na postoju taksówek, a tych jest tylko 4 na całej planszy) raczej nie jest to duże pole do popisu.

Gra jest symetryczna (przynajmniej w wariancie podstawowym) więc nie ma problemu ze złym balansem. Co najwyżej może być trudno wygrać z powodu zniecierpliwienia pasażerów – ale tu z pomocą przychodzą bardzo elastyczne zasady, które w razie potrzeby i przy odrobinie doświadczenia gracze będą mogli dopasować do własnych umiejętności czy też preferencji (np. ustawić sobie wyższy poziom trudności). Jeśli w końcowym projekcie pojawi się zróżnicowanie postaci (indywidualne umiejętności każdego taksówkarza) to będzie to dodatkowy atut tej gry.

Poziom skomplikowania jest co najwyżej średni, powiedziałabym raczej, że niewielki. Jeśli ktoś marudzi przy Kolejce IPN, to będzie też marudził przy Zmiennikach. Ale – powiedzmy sobie szczerze – to nie są trudne gry i wystarczy jedna partia, żeby doskonale opanować zasady.

Reasumując…

Prace nad elementami a nawet nad samą mechaniką jeszcze trwają ale już teraz mogę powiedzieć, że to będzie dobra gra. Może nie koniecznie „must have” dla każdego (ale takich gier po prostu nie ma) – jednak dla fana serialu jest to pozycja obowiązkowa.

 

Ze świadectwem. Zamiast książki…

28 Maj

Koniec roku szkolnego zbliża się milowymi krokami. Zwykle bywa tak, że najlepsi uczniowie wraz ze świadectwem dostają nagrody. Jednak w klasie moich dzieci stało się już tradycją każde dziecko dostaje nagrodę za ciężką pracę w ciągu roku szkolnego. W tym roku postanowiliśmy obdarować naszych milusińskich grami bez prądu.

Nie jest to łatwe zadanie, bo skoro mają dostać wszyscy, a nie tylko wybrani, to cena gry nie może być wysoka – łatwo jest kupić nagrody dla pięciorga (5 zł w tą czy w tamtą na grze – w skali klasy – nie robi różnicy), ale dla wszystkich – to już nawet złotówka się liczy. Dlatego zrobiłam przegląd gier nie przekraczających 20-25 zł (oczywiście jak się trochę poszuka). I chcę się z Wami tym podzielić – może ktoś skorzysta z pomysłu i w ten sposób przyczyni się do rozszerzania naszego hobby.

Szkoła Podstawowa, klasy IV-VI.

Gwoli wyjaśnienia – termin zaawansowany nie oznacza geeka, tylko dziecko, które już w przeszłości miało do czynienia z planszówkami. Początkujący to taki, który poza chińczykiem, grzybobraniem czy warcabami nie miał z grami planszowymi nic do czynienia.
Nasz pomysł polegał na tym, żeby znaleźć odpowiednią serię gier – taką, żeby dzieci mogły dostać różne gry (w końcu gra się zazwyczaj w kilka osób i lepiej mieć wtedy trzy różne gry niż 3 kopie tej samej) a jednocześnie żeby miały poczucie, że nikt nie jest uprzywilejowany, że każdy dostał to samo. Mam nadzieję, że nam się to udało. Przedstawiam dwie takie „kolekcje”.

„Dobra gra w dobrej cenie” wyd. Egmont

Te gry nie kosztują więcej niż 20 zł ,a przy odrobinie wysiłku można je znaleźć i za 16-17 zł.

Pirackie skarby dla zaawansowanych
Gra logiczna pod presją czasu. Gracz za pomocą wskazówek (nazywa się to żetony mapy) stara się odtworzyć drogę na wyspie – na polu, do którego zawiedzie go mapa kładzie swój żeton – jeśli się nie pomylił, to zdobędzie skarb. Ale uwaga: kto pierwszy ten lepszy – jeśli go ktoś ubiegnie, a on nie znajdzie innego skarbu (wskazówki czasem wiodą w kilka różnych miejsc) to nic nie zdobędzie. To chyba jedna z lepszych gier z tej serii – zasady są nieco bardziej skomplikowane (i ciekawsze). Ma też klimat. Powinna się spodobać dzieciom, które mają wyobraźnię przestrzenną (trzeba sobie umieć wyobrazić ścieżkę) i lubią wykonywać czynności na czas.

 

Rycerze i zamki – dla zaawansowanych
Gra blefu i przewidywania ruchów przeciwnika. Wykładając karty staramy się zdobyć najlepsze zamki. Sztuka w tym, aby wyłożyć silniejsze karty niż przeciwnik, co nie jest takie łatwe, talie są bowiem takie same, a wyłożenie najbardziej oczywistych kombinacji skutkuje stratą kart (remisy niczego nie dają, a karty się „zużywają”). Z założenia obfituje w negatywną interakcję. To może być ciekawa propozycja dla chłopców.

 

Kosmiczna Misja  dla poczatkujacych
Gra kafelkowa, w której staramy się „zbudować” jak najwięcej planet. Przywodzi na myśl skojarzenie z grą „Mały Ksiażę: stwórz mi planetę”, ale jest o wiele prostsza i praktycznie w ogóle nie posiada negatywnej interakcji. Jest to jedna z cieplej przyjętych przez recenzentów gier z tej serii. Trudno powiedzieć komu najbardziej by się spodobała – myślę, że większość dzieci byłaby zadowolona

 

Słowostworki  dla poczatkujacych
To gra słowna, uproszczona wersja dużych Słowo Stworów. Polega na jednoczesnym wymyślaniu słów na daną literę z podanej kategorii. Nieco przypomina mi grę z naszych czasów „państwa, miasta…” – tyle, że na czas. Ten, kto nie wymyśli słowa w odpowiednim czasie (np. 10 sekund) lub wymyśli je jako ostatni otrzymuje punkt karny czyli słowostworka. Wygrywa ten, kto będzie miał na koniec najmniej słowostworków. Gra jest dość wysoko oceniana i powinna się spodobać dzieciom z zacięciem humanistycznym, lubiącym zabawy słowne.

 

Kolorowy zawrót głowy
To gra kafelkowa będąca skrzyżowaniem Qwirkle z „kółkiem i krzyżykiem”. Polega ona na dokładaniu kafelków w taki sposób, aby ułożyć komplet 3 kafli posiadających ten sam kolor lub ten sam wzrór – w pionie, poziomie lub skośnie. Uczy strategii, logicznego myślenia, zawiera sporo interakcji (gracze wzajemnie krzyżują swoje plany) powinna się spodobać tym, którzy grywają z zapałem w kółko i krzyżyk na nudnych lekcjach ;) oraz lubią gry abstrakcyjne (bez klimatu np. szachy).

 

Owocowy wyścig  dla poczatkujacych
W grze chodzi o to, żeby poruszając się na planszy w/g określonych reguł zdobyć jak najwięcej plytek z określonym gatunkiem owoców (to jakie owoce będzie zbierał gracz jest elementem jego strategii). Kojarzy się z „Hej! to moja ryba!” przez sposób zbierania kafli (gracz zabiera kafel na którym stał – tj, ten, z którego rozpoczął swój ruch) – jednak sposób poruszania się po planszy jest już zupełnie inny. Występuje w niej negatywna interakcja (podbieranie sobie kafelków). Wymaga od graczy odrobiny logicznego myślenia i taktyki.

 

Tanie karcianki od G3

Większość da się kupić za 20-25 zł. Wyjątek stanowi Małe foto safari,
ale przy odrobinie wysiłku można je znaleźć za 27 zł.

 

Szkoła Alchemii – dla zaawansowanych
W grze wcielamy się w alchemików, którzy z dostępnych elementów tworzą eliksiry, coraz bardziej złożone i dające coraz więcej punktów zwycięstwa. Gra polega praktycznie na zagrywaniu kart z ręki przy czym musimy za każdym razem decydować, czy kartę zagrywamy jako element (wtedy staje się dostępna dla wszystkich) czy jako recepturę i z dostępnych kart próbujemy stworzyć eliksir. Gra bazuje na sprawdzonych mechanizmach a mechanika wygląda na dopracowaną, jest sporo decyzyjności, występuje interakcja (ale nie jest ona bardzo negatywna) a ilustracje na kartach są naprawdę ładne. Wszystkich miłośników Hogwartu powinna zachwycić. Ale nie tylko. Ma szansę spodobać się każdemu (łącznie z rodzicami).
 
Podziemne królestwa  – dla zaawansowanych
Od 2 do 4 graczy, czas gry ok. 40 min. 
To jest gra, która polega na odpowiednim zagrywaniu kart górników w celu zdobycia kart kopalni. Niestety to nie koniec – karty kopalni jeszcze trzeba „obsadzic” robotnikami (zagrywać karty górników – ale tym razem na innych zasadach). Tak zdobyte i obsadzone kopalnie dają punkty zwycięstwa. Kopalnie, których nie udało się obsadzić dają punkty karne. I w tym leży istota tej gry – zdobyć kopalnie, ale tylko tyle, żeby jeszcze udało się je obsadzić. Jest więc nad czym myśleć. Ta gra również bazuje na sprawdzonych mechanizmach i podobnie jak poprzednia wygląda interesująco. Powinna się spodobać wszystkim miłośnikom fantasy (np. Tolkiena) – Orki, Krasnoludy, Gobliny…. – a to z powodu klimatycznych (i do tego ładnych) ilustracji.
 
Na radarze
Od 2 do 4 graczy, czas gry ok. 30 min. 
W grze wcielamy się w kontrolera ruchu, który musi przeprowadzić cztery samoloty z jednego lotniska na drugie i tam bezpiecznie wylądować. Po pierwsze – cele (czyli to które samoloty dany gracz prowadzi) są tajne co powoduje wzrost emocji. W swojej turze musimy wykonać dwa posunięcia dowolnymi (niekoniecznie własnymi) samolotami. Do tego dochodzą karty zdarzeń, które gracz może zagrywać co wprowadza jeszcze większą interakcję (i to czasem mocno negatywną – choć skierowaną nie w konkretną osobę). Reasumując – gra wydaje się prosta ale warta zainteresowania. Na pewno miłośnicy lotnictwa będą zadowoleni. Przez to, że możemy poruszać się nie tylko własnymi samolotami oraz przez ukryty cel może nieco przypominać Pędzące żółwie albo Agentów Egmontu – choć tam mechanika jest zupełnie inna.
 
Kto kogo? czyli łańcuch pokarmowy
Od 2 do 4 graczy, czas gry ok. 20 min. 
Wykładając karty w swoich turach budujemy łańcuchy pokarmowe – kto (np. lis) na kogo będzie polował (np. na zająca). Oczywiście w takim celu, aby ofiarę skonsumować – co czasem się udaje, a czasem nie. Osobiście uważam, że mechanicznie jest trochę niedopracowana (ale nie na tyle, żeby psuć zabawę – po prostu widzę, że miało wyjść inaczej niż wyszło – gdzieś po drodze gubi się opłacalność budowania długich łańcuchów), ale gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że moje dzieciaki lubią tę grę. Temat wzajemnego zjadania się jest zwykle „chodliwy” a jak ktoś jeszcze lubi zwierzątka to powinien być zadowolony. Walory edukacyjne są raczej przeceniane, bo zależności pokarmowe pomiędzy tymi kilkoma zwierzątkami są niemal oczywiste, a te które nie są szybko wejdą do głowy, gdyż nie ma ich wiele. Pozostaje idea łańcucha pokarmowego w lesie.
 
Shinobi: wojna klanów  – dla zaawansowanych
Od 3 do 5 graczy, czas gry ok. 30 min.
Każdy z graczy reprezentuje jeden z klanów (oznaczony kolorami) i trzyma tę informację w tajemnicy przed innymi. Zagrywając karty (różnych klanów, nie tylko własnego) przed sobą i/lub przed innymi graczami wedle dość prostych reguł dążymy do tego, aby na koniec gry na całym stole (czyli zarówno przed sobą jak i przed innymi graczami) zostało najwięcej kart naszego klanu. Gra ma olbrzymią negatywną interakcję – tym, którzy nie lubią podkładać sobie świń, bardzo przeżywają utratę figur w szachach etc. raczej się nie spodoba. Choć trzeba przyznać, że tu również nie jest wymierzone przeciw konkretnej osobie, ponieważ do końca nie jesteśmy pewni kto gra jakim kolorem. Ja osobiście ją uwielbiam, moje dzieci też chętnie grają. Raczej polecałabym dla chłopców (bo w tej grze na okrągło ktoś kogoś atakuje, a chłopcy zwykle lubią takie klimaty).
 
Małe Foto Safari – dla poczatkujacych
Od 2 do 4 graczy, czas gry ok. 20 min.
Z tą grą spotkaliśmy się w zeszłym roku na bodajże Kotle – zasady bardzo proste do ogarnięcia dosłownie w chwilę. Wymaga nieco logicznego myślenia (przestawia się zwierzęta w/g określonych reguł, aby otrzymać pożądaną kombinację) oraz całkowitego skupienia, ponieważ kombinację można „sfotografować” również podczas kolejki innego gracza (jeśli się taka kombinacja trafi) – jednak kiedy on poprzestawia  już zwierzęta okazja do zrobienia zdjęcia przepadnie. Jak się pewnie domyślacie – wymaga też spostrzegawczości. W grze występuje interakcja, w tym negatywna – ale nie złośliwa – po prostu ktoś przestawiając zwierzęta często psuje nasze misterne plany. Wydaje mi się dobrą pozycją dla dzieciaków bez doświadczenia planszówkowego. No i to kolejna gra o zwierzątkach (choć może bardziej o fotografowaniu) ;)

 

Szkoła Podstawowa, klasy I-III

Dla młodszych dzieci proponuję gry bazujące na memory z serii „dobra gra w dobrej cenie”.

 Pizza XXL

Gra ma dwa tryby – jeden prostszy – typowe memory. Drugi nieco trudniejszy – a przede wszystkim wymagający skupienia bo szukamy symboli na czas – podobnie jak w Dobble czy Prawie dżungli (Jungle Speed).

 

Granie w malowanie

Gra polega na zbieraniu żetonów z kolorami w taki sposób, aby z dostępnych barw móc „namalować” (czyli zebrać wszystkie potrzebne barwy) obrazek – a obrazki niczym w grze memory są odwrócone reversem do góry i trzeba pamiętać, gdzie który leży. Dodatkowo gra dla tej grupy wiekowej posiada walory edukacyjne – zapoznanie się z mieszaniem barw (trzy barwy podstawowe oraz trzy złożone).

 
Znikające ciasteczka

Trochę bardziej skomplikowane memory. Patrzymy na ciasteczka, a potem staramy się zgadnąć które zniknęło (a raczej zamieniło się na inne) podczas gdy my mieliśmy zamknięte oczy. Typowa pamięciówka i to dość trudna.

 

Wyprawa do dżungli

Kolejna wariacja na temat memory. Inaczej niż w klasycznym memory – Najpierw próbujemy zapamiętać 16 kart, a następnie zakrywamy je. W trakcie gry będziemy się starać odkryć wśród nich te najbardziej pasujące do naszych kart z ręki.

 

A może coś dla starszych?

Jak się człowiek wysili to za 25-27 zł może znaleźć NOX-a. To gra, która rozrusza każde towarzystwo. Zasady są tak banalne, że wystarczy minuta tłumaczenia. Mamy trzy karty na ręku a w trakcie swojej tury można położyć kartę przed sobą lub przed innym graczem – warunek: albo na stole, albo na innej karcie tego samego koloru. Gra się do momentu, gdy ktoś uzbiera 6 stosików, ale żeby zdobyć dużo punktów należy mieć jak najwyższe karty na wierzchu każdego stosu oraz wyłożone wszystkie trzy kolory. Nie jest to proste, gdyż inni będą kłaść na nasze wysokie karty karty o niskich wartościach, a nadto będą redukować liczbę naszych stosów. Ta gra aż kapie od negatywnej interakcji, można grać zarówno w 2 osoby jak i w 8 (choć nominalnie instrukcja mówi chyba o 5), można też zawiązywać koalicje. Szalona, szybka i pełna wrażeń.

I na koniec hit za około 14 zł czyli … List miłosny.

To gra, która  może być najkrótsza na świecie. Grają dwie osoby. Dobierasz kartę. Wykładasz strażniczkę i wskazując na mnie mówisz – „masz księżniczkę!”  (a pech chce że mam).” Tak mam. Odpadam.”  A Ty wygrałeś…..  Ale tylko tą rundę :)

To najbardziej zaskakująca gra jaką sobie możesz wyobrazić. Tylko 16 kart… na kartach przedstawione są postaci (niektóre unikalne, inne w dwóch a nawet w pięciu kopiach) – każda z nich ma określoną zdolność oraz określoną pozycję na dworze. Każdy z graczy otrzymuje jedną kartę, a tura polega na dociągnięciu drugiej karty z talii a następnie odrzuceniu (zagraniu) jednej z nich i wykonaniu związanej z nią akcji. I znowu tylko jedna karta zostaje Ci na ręku. To gra eliminacji, a więc wszystkie akcje prowadzą (choć nie zawsze skutecznie) do tego, aby ktoś odpadł z rundy. Po wyczerpaniu talii (a będzie to piorunująco szybko, bo to tylko 16 kart!) wszyscy gracze, którzy jeszcze nie odpadli z gry porównują swoje karty – w tej rundzie zwycięża ten, kto ma na ręce kartę o najwyższej wartości. To jego list zostanie przekazany księżniczce. Gramy do 7/5/4 wygranych rund lub dowolnego innego kryterium jakie sobie przyjmiemy (np. w 5 graczy graliśmy do dwóch wygranych rund).

Jest to gra szalona, szybka, trochę logiki by się przydało – ale najważniejsze, że ta gra pomnaża wasz dobry humor. To typowa imprezówka, podczas której się bawisz, a nie rywalizujesz (choć oczywiście udajesz, że rywalizujesz o względy pięknej Anette). Moi znajomi gimnazjaliści bawią się przy tej grze razem ze mną całkiem dobrze.

 

Dlaczego nie lubię videorecenzji?

16 Kwi

Do popełnienia tego wpisu (niczym zbrodni w ciemnym zaułku) skłoniło mnie pytanie zadane jakiś czas temu na Facebooku przez Hobbity.pl – a pytanie było proste – wolicie recenzje tradycyjne czy videorecenzje?

Okazałologo_youtube się, że nie tylko ja nie lubię videorecenzji….

Żeby zrobić dobrą videorecenzję nie wystarczy usiąść przed kamerą i opowiadać o grze.  Trzeba się wyróżniać poprawną wymową (albo właśnie nie wyróżniać się wadą wymowy) oraz nienaganną dykcją, Dotyczy to absolutnie wszystkich, od praktykantów po uznanych dziennikarzy. Niejednemu zdarzyło się już osiąść na laurach – co się przekłada na to, że widzimy, słyszymy (i kochamy ;)), ale nie rozumiemy wiele z tego o czym osoba opowiada. Nie piję tu  akurat do przyjaciół recenzentów*) (choć niektórzy mogliby mówić wolniej i wyraźniej) – lecz do wybitnej postaci polskiego rada i telewizji. I chociaż nazwiska nie wymienię, to pewnie niektórzy się domyślą. Zdarza się w przyrodzie, wiec pilnujcie się panowie i panie :)

Należy się też wyróżniać wysokim poziomem języka polskiego (wtrącenia typu „nie”, „tak”, „yyy”, „prawda” itp. są nie na miejscu). Nie specjalnie też dobrze brzmią odzywki „nara, wporzo, okej, siema, hejka” i tym podobne wyrażenia slangowe. W zupełności wystarczy „cześć” , „gra jest ciekawa” albo „do zobaczenia w kolejnym odcinku”. To brzmi bardziej po polsku….

Tyle jeśli chodzi o dźwięk. A skoro to video a nie audio, to mamy jeszcze problem wizji, a więc wypadałoby mieć opanowany warsztat prezentera telewizyjnego (nie machamy nadmiernie rękami, nie tańczymy ale i nie prezentujemy twarzy pokerzysty).

Wzorem audycji radiowych modne ostatnio jest występowanie przed kamerą samowtór, albo samotrzeć, albo i też silną grupą pod wezwaniem (no dobrze, z tą wielością powyżej trzech chyba przesadziłam). Ale co uchodzi dziennikarzom na antenie, niekoniecznie dobrze wychodzi amatorom przed kamerą. Żeby produktywnie i zajmująco rozmawiać trzeba rozmawiać o konkretach, a nie wymieniać spostrzeżenia o emocjach, w dodatku powtarzających się (tak, no fajna jest, mnie też się podobała itd.). Mówimy o grze, chcemy przedstawić grę, a nie przeprowadzić wywiad z celebrytą. Uwierzcie mi, że lepiej się słucha gościa produkującego się samotnie, w dodatku zwięźle i na temat (z racji mojej niechęci do słowa mówionego nie oglądam wielu videorecenzji, ale potrafię wskazać paluchem kogo dobrze się słucha). Niestety, żeby zrobić dobry dialog wypada być aktorem lub dziennikarzem z bogatym doświadczeniem. Inaczej będzie albo sztucznie, albo rozwlekle i nijako.

Nikt się z tym wszystkim, kochani, nie rodzi. Tego się ludzie uczą – i to zazwyczaj dopiero na studiach.

Skoro mowa o wizji to niektórzy pomyśleli o tym, żeby było odpowiednie tło (i chwali im się to). Bardzo podoba mi się pomysł chłopaków z Board Games Factory, żeby prezentować gry na tle… regału z grami. A jakiś czas temu Game Troll TV zaprezentował nam odcinek… w plenerze. I super. Takiego tła większości recenzji jednak brakuje i brak ten mniej lub bardziej negatywnie wpływa na odbiorcę.

Pozostaje jeszcze sprawa montażu. Postawienie kamery i tańczenie przed nią (lub z nią) żeby podetknąć pod obiektyw omawianą kartę, machanie rękami i wskazywanie paluchami coś o czym właśnie mówimy (i w dodatku tak, żeby kamera rozmywała obraz) – jest wystarczające gdy tłumaczymy zasady współgraczom – ale nie jest najciekawszym rozwiązaniem jeśli chodzi o materiał filmowy. Mówisz o karcie – zrób wstawkę z obrazem karty. Chcesz coś wskazać – zrób odpowiednią grafikę na tej wstawce. Np. tak jak to zrobił Ignacy Trzewiczek prezentując Robinsona Crusoe.

A jak już jesteśmy przy montażu, to dołożę jeszcze jeden gwóźdź do trumny – dobrze jest jak jest czołówka, w końcu dobrze jest wiedzieć co będziemy oglądali – ale jeśli jest dłuższa niż kilka sekund – los jej jest przypieczętowany w postaci szybkiego przewinięcia do przodu – a wraz z tym pojawia się kolejna skaza na całości nagrania.

Skoro przejechałam się bo błędach technicznych to powiem jeszcze dlaczego nie lubię videorecenzji z innych powodów. Videorecenzji nie da się przeskanować. Nie da się też do niej w ten sposób wrócić i odszukać szybko czegoś, czego właśnie potrzebujemy. Muszę ją wysłuchać od początku do końca. Niektórzy wpadają na genialny pomysł prezentowania pewnych informacji tekstem na ekranie lub podziału swojej wideorecenzji na części – wtedy da się jako tako sprawnie odnaleźć coś w środku. Jednak w dalszym ciągu nie da się przeskanować nowej recenzji – co w dzisiejszych czasach jest na porządku dziennym jeśli chodzi o teksty pisane. Gwoli sprawiedliwości muszę jednak przyznać, że istnieje jedna niezaprzeczalna zaleta videorecenzji – docierają one do tej części społeczeństwa, która czytać nie lubi. Wiem, bo znam takich osobiście (i nie wiem tutaj czy się uśmiechnąć ;) że dociera, czy zapłakać :( że są tacy co nie lubią czytać).

A poza tym – videorecenzja wymaga dźwięku :(
Nie, żebym go nie miała, ale …. jak czytam, to nie przeszkadzam współlokatorom w rozmowie, oglądaniu TV, słuchaniu arii operowej etc. A słuchawek na uszach, to ja przepraszam bardzo, nie trawię. Ciszę trawię. Ciszę to ja nawet kocham. Ale w ciszy nie da się niczego wysłuchać, chyba tylko własnego sumienia ;)

I dlatego właśnie mało jest videorecenzji, które jestem w stanie strawić od początku do końca.

Dla odmiany…

Warsztatu recenzji pisanej uczymy się od małego – już dzieci w IV klasie szkoły podstawowej piszą wypracowania i będą to robić jeszcze co najmniej przez kolejne 8 lat. Dla odmiany więc niewiele jest recenzji pisanych, których nie jestem w stanie doczytać do końca.

No to się przejechałam….

Na szczęście nikt nie czyta mojego bloga to i nie będzie się komu obrażać :)
Ale może w przyszłości ktoś zapyta wujka Google jak robić/nie robić videorecenzji i trafi na ten tekst, i weźmie sobie małe co-nie-co do serca.

 

*) Nawiasem mówiąc szkoda, że z bloga FGH zniknął ten tekst Adama Kwapińskiego. Można się z nim było zgadzać, bądź nie – ale był szalenie merytoryczny. I dobrze napisany. Czy ktoś wie dlaczego zniknął i czy ja przeoczyłam coś czego przeoczyć nie powinnam?

 

Gry Pingwina

15 Kwi

logo_rssPrzerwa w dostawie kolejnych recenzji spowodowana pracami technicznymi nad Grami Pingwina :-)

Nie wiem, czy zauważyliście, ale Gry Pingwina dostały wczoraj swój własny kanał RSS, dzięki któremu możesz być na bieżąco z internetowymi recenzjami gier. Na kanale RSS tak jak na stronie głównej pojawiają się ostatnio dodane linki do recenzji internetowych oraz najnowsze opinie w serwisie. Taki sobie feature, ale może ktoś chciałby sobie zasubskrybować, żeby nic nie przegapić. W końcu pingwin siedzi i zawija w te sreberka…. znaczy czyta i linkuje nowości :)

A jeśli Twoja recenzja nie pojawi się na kanale to może warto ją dopisać na Pingwina?

 

Gry Pingwina. Powiedz czy mi się spodoba….

01 Mar

Nie wiem, czy zauważyliście, ale wystartowała nowa strona (moja strona – dlatego często będę o niej pisać ;)) – Gry Pingwina. To czym się m.in. różni od innych baz gier planszowych to polecanki. Ty masz tylko ocenić gry, w które grałeś – a w zamian otrzymasz listę gier, które mogłyby Ci się spodobać. Gwoli sprawiedliwości napiszę, że nie jest to nowatorskie rozwiązanie – palma pierwszeństwa należy się serwisowi BiblioNETka.pl – wszyscy, którzy kochają książki na pewno znają już tę stronę, a jeśli jej nie znają to czas naprawić swój błąd. Jest naprawdę świetna. Właśnie z niej zaczerpnęłam inspirację do stworzenia włanej bazy gier planszowych z własnymi polecankami.

Napiszę teraz o drobnym dodatku jaki wprowadziłam na mojej stronie – polecanki od dziś działają nie tylko w formie listy, ale również w kontekście pojedyńczej gry. A jak? Otóż wchodząc na stronę gry, której jeszcze nie oceniłeś – o ile tylko w serwisie istnieją jakieś jej oceny innych użytkowników – pod gwiazdkami w prawym górnym rogu pojawi się link „Sprawdź sugerowaną ocenę”. Warunek konieczny – Ty też musisz mieć ocenione jakieś gry :-) 

screenshot-polecanki3

Sugeruję conajmniej 30-40 gier, ale oczywiście  im więcej tym lepiej. Po kliknięciu w ten link pojawi się sugerowana ocena i informacja od ilu użytkowników ta polecanka pochodzi. W kolejnym kroku, klikając w link „kto poleca?” możesz się zapoznać z szcegółowymi danymi – zobaczyć jak gra była ocnianiana przez polecających Ci ją graczy, korelację z tymi graczami oraz ilosć (a w kolejnym kroku również listę) wspólnie przez Was ocenionych gier.

 

 

Gry Pingwina. Gdy nie jesteś blogerem…

28 Lut

Czy marzyłeś kiedyś o takim miejscu, w którym mógłbyś podzielić się opinią z innymi? Nie – pisać długie recenzje, ślęczeć potem nad nimi w poszukiwaniu błędów stylistycznych (bo ortograficzne „załatwi” Ci przeglądarka albo pakiet biurowy). Ja marzyłam. Zwykle używałam – jak wielu – do tego celu sklepu Rebel.pl. O tak, przez 10 lat zebrało się na ich stronie naprawdę sporo opinii. Jest tylko jeden mankament – nie możesz ocenić gry. Tzn. możesz, ale tylko jeśli ją u nich kupiłaś/kupiłeś.

No więc…. od dzisiaj zapraszam na Gry Pingwina. Tutaj możesz oceniać gry i pisać swoje opinie (nawet bardzo, bardzo krótkie) niezależnie od tego gdzie grę kupiłeś, z kim grałeś ani jaki jest poziom Twojego języka polskiego. Ja się przyznaję bez bicia, że mój jest niski, a każdy tekst tworzę w bólach. Więc stworzyłam takie miejsce, gdzie nie wymaga się od nikogo rozbudowanej recenzji *), gdzie wystarczą dwa/trzy zdania (kocham tę grę, bo jest dynamiczna -albo- nienawidzę w to grać, bo się czeka godzinami, aż szanowny przeciwnik się zdecyduje co odrzucić) ale gdzie można też napisać cały elaborat na temat danej gry – wszystko zależy od Twoich chęci i Twojej weny twórczej.

*) W publikowanych tekstach zwykle nie brak odczuć autora. Jednak o recenzji mówimy dopiero wtedy, gdy tekst obok subiektywnej oceny zawiera również podstawowe informacje o recenzowanym dziele oraz uzasadnienie oceny. Jeśli któregoś z elementów brakuje mamy do czynienia z mniej lub bardziej rozbudowaną opinią / informacją.

 

Gry Pingwina. Lustereczko powiedz przecie…

28 Lut

…. która gra jest najlepsza na świecie.

Rzecz o BGG i imporcie z BGG

…bo nic na świecie się tak nie liczy dla gry jak ranking BGG,

Może będę nudna i powtarzalna, ale chciałam się Wam przypomnieć. Wielu z Was korzysta z BoardGameGeek.com – i właśnie dla tych osób Gry Pingwina oferują mechanizm importowania swoich ocen z tego serwisu.

Jak to zrobić?

Po zalogowaniu wejdż na „Moje dane”, albo po prostu kliknij w tekst „Witaj XYZ!” – zostaniesz przeniesiony do strony na której m.in. będzie pozycja „Oceny: importuj z BGG”. Po kliknięciu ukaże się pole, w które należy wpisać swój login (nazwa konta) na BGG i potwierdzić przyciskiem „Importuj teraz„. Teraz wystarczy już tylko poczekać, aż oceny się ściągną. Przy okazji zostaną zaimportowane gry, które zostały przez Ciebie ocenione na BoardGameGeek.com , a których nie ma w tym serwisie.

Proszę, zrób to! W ten sposób pomożesz w rozwoju tej strony.

 

Gry Pingwina

24 Lut

screenshot

Otóż to! Długo nie pisałam (choć to nieprawda, jakobym w nic nie grała!).

Uff, wreszcie jest. Nareszcie ujrzała światło dzienne. Moje nowe informatyczne dziecię: http://grypingwina.pl

To baza gier (w tej chwili jest ponad 3700 gier – w większości zaimportowanych z BoardGameGeek.com) w której możesz dopisywać własne opinie, wrzucać linki do zewnętrznych recenzji, oceniać gry, zmieniać i dopisywać nowe – ale przede wszyskim możesz poprosić o polecenie jakiejś nowej gry, w którą jeszcze nie grałeś. Algorytm zrobi to na podstawie Twoich ocen oraz Twojej korelacji z innymi użytkownikami.

Co ważne – jeśli masz konto na BGG nie musisz oceniać od początku wszystkich swoich gier – możesz zaimportować swoje oceny z BoardGameGeek.com.

Zapraszam do odwiedzenia, korzystania i współtworzenia tej strony.

 

Moje pierwsze … CV

10 Sty

logo_cvNo i pierwsze koty za płoty … zagraliśmy w nią dzisiaj po raz pierwszy. Gra jest lekka i przyjemna, choć nie wnosi nic odkrywczego. Nie przepadam za ilustracjami Piotra Sochy, ale jednak nie mogę powiedzieć, żeby były brzydkie. Swój urok mają, są zabawne – jednym słowem bez zarzutu. Rubensa też nie wszyscy kochają a przecież świetnym malarzem był…

Jeśli chodzi o mechanikę – dosć typowa – za znaczniki ze swojego CV (oraz za rzuty kośćmi, na których również są przedstawione symbole znaczników) zdobywasz kolejne karty do swojego CV co daje Ci w kolejnych turach więcej znaczników (plus takie bonusy jak zamiana znaczników czy dodatkowe kości), za które możesz kupić kolejne, lepsze karty, które dadzą Ci nie tylko punkty zwycięztwa lecz kolejne znaczniki/możliwości do pozyskiwania kolejnych kart …. i tak to kółeczko się zamyka i samo się nakręca. Co ważne – potrzebne jest trochę szczęścia, bo przecież rzucamy kośćmi i to co wyrzucimy ma dość istotny wpływ na to co możemy kupić.

Jest zabawnie, kiedy nieświadomie zaczynamy odtwarzać koleje własnego życia. Jest zabawnie, kiedy zaczynamy spełniać swoje marzenia (kto by nie chciał mieć kolekcji gier planszowych?). Niestety gra jest podatna na przestoje – kiedy tak wpatrujemy się w kostki i liczymy co by tu kupić a wychodzi, że możemy nie to co chcemy, a potem przerzucamy kości i jest tak samo albo gorzej – to trudno się zdecydować. Jak ktoś ma tendencje do wydłużania tury, to w tej grze będzie miał ku temu okazję.

Kończąc tę przydługą refleksję z pierwszej potyczki powiem tylko tyle – gra jest na tyle miła, że chętnie bym zagrała jeszcze raz…